Pogadaj z mormonem, co stoi przy metrze (trochę recenzja książki to jednak jest)

Na początku miesiąca pojechałam do księgarni wydawnictwa Czarne na Marszałkowskiej z zamiarem nabycia dwóch książek, ale okazało się, że coś źle spojrzałam na stronie i że nie były to wcale nowości, a zapowiedzi, i jeszcze żadna z nich się nie ukazała. Żeby wycieczka nie poszła całkowicie na marne, trochę bez przekonania kupiłam książkę Jona Krakauera „Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija”. I naprawdę, naprawdę się zachwyciłam i przeczytałam dwa razy, choć drugi raz trochę pobieżnie i głównie w celu opisania jej w internetach, niniejszym.

Jeszcze nie znamy się zbyt dobrze, więc pewnie nie wiecie, że bardzo rzadko zachwycam się jakąś książką. Wydawnictwo Czarne ma całą serię „amerykańską”, w której od czasu do czasu, ale raczej nieczęsto, pojawia się coś wartościowego. Już parę razy zawiodłam się na ich wyborach, np. na książce o Indianach, która jest rasistowska i pełna niechęci do tychże Indian („Imperium księżyca w pełni”) lub na książce o Nowym Jorku, która jest memuarami z podróży jakiejś laseczki z Polski, która nie piszę może o oglądaniu Statuy Wolności, ale jak ktoś spędzi w NYC więcej niż dwa dni, to pewnie trafi na te „niezwykłe” miejsca i osoby, którymi autorka zdecydowanie za bardzo się podnieca. Ostatnio z kolei zespół wydawniczy miał fazę na wspomnienia mało znanych kontrkulturowych muzyków, co już zupełnie mnie nie obchodzi. Lubię, kiedy z książki non-fiction można się rzeczywiście czegoś nauczyć, a nie tylko przez 300 stron poznawać, jak jakiś obcy ktoś widzi świat.

Książka, o której mowa, jest o mormonach. „Czy to ci, co żyją jak w XIX wieku?” – pytają znajomi. „Nie, to amisze. Mormoni to ci od wielożeństwa” – odpowiadam, choć mormoni byliby tym bardzo oburzeni, ale to taki skrót myślowy na potrzeby szybkiego rozróżnienia kto zacz. Oficjalny kościół Świętych w Dniach Ostatnich wyrzekł się „najświętszego i najważniejszego przykazania danego człowiekowi” już dawno i stara się o tym przykrym epizodzie zapomnieć. Istnieje jednak kilka pomniejszych sekt fundamentalistycznych, które wielożeństwo praktykują, choć jest to nielegalne. Władze stanowe i federalne przymykają oko na te praktyki nie chcąc narazić się na oskarżenia o ograniczanie wolności religijnej, mimo że podstawy mieliby mocne – większość dziewczynek wydawanych za mąż we wspólnotach poligamicznych jest nieletnia, mają często tylko 12-14 lat, a poza tym wiele takich „małżeństw” ma charakter kazirodczy.

Mormonizm to najszybciej rozwijająca się religia na zachodniej półkuli. Obecnie wyznaje go już ponad 11 milionów ludzi, czyli więcej niż judaizm, i wiernych przybywa w bardzo szybkim tempie, zwłaszcza, że stan Utah ma najwyższą stopę urodzeń w USA (nawet wyższą niż Bangladesz!). Mormonizm to też bardzo młoda religia. Powstał w latach 30-tych XIX wieku założony przez pierwszego proroka Josepha Smitha – wioskowego jasnowidza ze stanu Nowy Jork. Smithowi objawił się anioł imieniem Moroni i wskazał mu miejsce zakopania skrzyni ze złotymi płytkami, na których wyryty był tekst w starożytnym języku (przypadkiem było to na pobliskim pagórku). Smith płytki odkopał, a następnie pracowicie tłumaczył ich treść poprzez włożenie do kapelusza "widzącego kamienia" i własnej twarzy i dyktowanie tłumaczenia żonie. Tak powstała „Księga Mormona” – jedna z dwóch najświętszych ksiąg mormonizmu, którą Smith wydał własnym sumptem (jego sąsiad zapłacił lwią część – Smith powiedział mu, że jeśli nie „spłaci drukarza” czeka go wieczne potępienie). Przezorny Moroni zabrał płytki, ale 19 „wiarygodnych świadków” potwierdza, że je widziało.

Eksperci upatrują popularności mormonizmu w jego amerykańskości – według Księgi Mormona mieszkańcy Ameryki są potomkami starożytnych plemion Izraela, to w Ameryce znajdował się rajski ogród i to tam zjawi się Jezus, gdy przyjdzie czas jego ponownego przyjścia na ziemię. Jest to również religia skrajnie patriarchalna, wymagająca całkowitego posłuszeństwa wiernych prorokowi i podporządkowania się żon woli mężów. No i jeszcze szokująco rasistowska – ciemniejszy kolor skóry to boska kara za grzechy; Czarni są podludźmi, z którymi nie można uprawiać seksu pod groźbą śmierci z ręki samego boga.

Książka Krakauera jest ciekawie skomponowana – historia początków mormonizmu, konfliktów „świętych” z innymi chrześcijanami, dalszych migracji, dalszych konfliktów, przeplatana jest obrazkami ze współczesnych wspólnot poligamicznych oraz opisem sprawy głośnego morderstwa dokonanego w latach 80-tych z bożego polecenia. Dwóch braci, mormońskich fundamentalistów, zabiło swoją szwagierkę i jej dwuletnią córeczkę, bo bóg objawił im, że tak trzeba i wcale nie dlatego, że szwagierka namówiła żonę jednego z nich do rozwodu, bo jej mąż to chyba szalony.

Jestem sceptyczna wobec wszystkich religii i konceptów boga jednakowo, jednak po lekturze „Pod sztandarem nieba” moja nieufność jeszcze wzrosła – bo czym w sumie różni się mormonizm od katolicyzmu na przykład, czy naprawdę jest dużo bardziej dziwaczny? Niemniej cieszę się spotkanie przy stacji metra z mówiącym łamaną polszczyzną schludnie ubranym chłopcem, z przylepioną do piersi karteczką „Hello! My name is Jebediah. Would you like to talk about God?”. Tym razem się zatrzymam i pogadam i kto wie, może nawrócę go na ateizm? (żart, nie zależy mi na nawracaniu kogokolwiek)
Trwa ładowanie komentarzy...