Czyj czwarty lipca?

Zawsze chciałam napisać coś, jakiś artykuł z okazji 4. lipca. Dziś amerykański dzień niepodległości. Od miesiąca w sklepach można kupić WSZYSTKO w amerykańską flagę – kubeczki, talerzyki, odzież, obuwie z gumy, słodkie wypieki i dmuchane akcesoria wypoczynkowe. Byłam w stanach 4 lipca 2012 i nabyłam T-shirt z flagą. Kosztował tylko dolara i wyrzuciłam go niedawno, bo chodzenie z tym symbolem wszystkiego co jest mi nienawistne na cycu zaczęło przyprawiać mnie o mdłości. Mało chodzenia, głównie spanie, to była koszulka do spania.

Ten artykuł, co zawsze chciałam go napisać na 4. lipca, miał być o rasizmie i miał być inspirowany przemówieniem Fredericka Douglassa z 5. lipca 1852 roku. Frederick Douglass urodził się jako niewolnik na plantacji w Maryland. Jako kilkuletni chłopiec został oddany na niewolnika domowego do miasta i tam, korzystając z pomocy okolicznych dzieci i wyrzuconych na śmietnik gazet, nauczył się czytać. Dzięki temu zorientował się, że nie wszyscy Czarni w Ameryce są niewolnikami i postanowił, że kiedyś ucieknie na Północ. Udało mu się to dopiero za trzecim razem, między innymi dzięki finansowej pomocy swojej przyszłej żony, która była wolną Afroamerykanką, oraz dzięki Underground Railroad – sieci ludzi związanych z abolicjonizmem, którzy pomagali zbiegłym niewolnikom przedostać się do wolnych stanów i rozpocząć tam nowe życie.



Generalnie przesłanie przemowy Douglassa było takie: czyje jest to święto, ten 4. lipca? Bo na pewno nie jest to święto Czarnych. Nie mogą oni świętować niepodległości (ale również „independence” w drugim znaczeniu – niezależności), ponieważ są dalej tak samo niewolni jak amerykańscy osadnicy byli pod panowaniem korony brytyjskiej. W wojnie o niepodległość sporo Czarnych walczyło po stronie brytyjskiej, ponieważ król obiecał im zniesienie niewolnictwa, jeśli dalej zachowa władzę nad koloniami. Władzy nie zachował, niewolnictwo zostało. Zniósł je teoretycznie Abraham Lincoln, ale to trochę historyczne uproszczenie. Lincoln podpisał „Emancipation Proclamation”, która znosiła niewolnictwo w stanach, które odłączyły się od Unii, czyli w stanach, nad którymi de facto nie miał żadnej władzy, gdyż stanowiły one część odrębnego państwa – Skonfederowanych Stanów Ameryki (CSA – Confederate States of America). Tymczasem w Unii pozostały stany, w których niewolnictwo było legalne – Maryland i Dalaware, którym Lincoln pozostawił swobodę wyboru czasu i sposobu zniesienia niewolnictwa. W skrócie więc wykonał gest całkowicie symboliczny, choć pewnie miły.

Dzisiaj deszcz pada, psy śpią obok i też się zastanawiam– kogo właściwie dotyczy 4. lipca? Kto się w Ameryce dziś czuje niepodległy, niezależny, po prostu wolny?

Moim zdaniem zupełnie nikt nie powinien się tak czuć, bo to najbardziej policyjne państwo na świecie, z systemem tak bezdusznym, że nie wiesz nawet kiedy i jak możesz złamać prawo, a twoje szanse w starciu z państwem są żadne, ten stalowy moloch zgniecie cię jak robaka.

Wolność dziś dla wielu oznacza możliwość posiadania broni. Możliwość zabijania innych ludzi, gdy ma się na to ochotę. Zapewnia ją druga poprawka do Konstytucji – druga najstarsza poprawka. W związku z masowym morderstwem w Orlando temat ponownie stał się nośny. Kongresmeni/ki z Partii Demokratycznej urządzili w Kongresie sit-in, „posiadówkę” – protest siedzący. Siedzieli na podłodze sali obrad przez 25 godzin w geście poparcia dla bardziej restrykcyjnej kontroli dostępu do broni. Sama forma protestu nawiązuje do Ruchu Praw Obywatelskich (Civil Rights Movement) z lat 50-tych i 60-tych – wówczas takie „posiadówki” odbywały się w miejscach przeznaczonych tylko dla białych. Kongresmeni i kongreswomenki posiedzieli, było fajnie, był szum w mediach, potem wstali i poszli.

Tymczasem Internet obiegło zdjęcie trzyletniej dziewczynki stojącej okrakiem muszli toaletowej (misce ustępowej? desce klozetowej? Jak to powiedzieć, żeby było dobrze??). Mama cyknęła jej fotkę żeby wysłać tacie, bo wydało jej się to zabawne, taka głupiutka pozycja. Jakież było jej przerażenie i smutek, gdy odkryła, że dziewczynka ćwiczy to, czego nauczono ją w przedszkolu – jak się zachować jeśli do budynku wtargnie uzbrojony napastnik i zacznie strzelać. Jeśli sytuacja akurat zaskoczy dziecko w toalecie, ma się ono wspiąć na kibel by nie zdradzić swojej obecności. Tego się uczy w Ameryce trzylatki.

Zatem dzisiejszy dzień nie jest dniem dziecka, to znaczy dniem wolnego dziecka. Dzieci nie są wolne od strachu i od niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą powszechny dostęp do broni. Jak donosi Washington Post w zeszłym roku dziecko do lat trzech (toddler) strzelało do kogoś, przeważnie do samego/samej siebie, średnio raz w tygodniu. W tym roku częściej. Ofiarami zabaw z bronią, i to w dosłownym sensie, padają również inne dzieci znajdujące się w polu rażenia i niefrasobliwi rodzice, którzy wesoło kupili pistolet w supermarkecie i naładowany zostawili w kieszeni samochodowego fotela.

Jest to w sumie mało na temat 4. lipca, ale cóż, to mnie boli, to mnie wkurza. Przynajmniej nie będzie dziś pod moim blokiem fajerwerków i polskie dzieci i psy będą spały spokojnie.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • USA
Trwa ładowanie komentarzy...